Stowarzyszenie Racja

Wysłanie Polskiego Wojska na Ukrainę

Wysłanie polskiego wojska na Ukrainę jest naszą racją stanu

W ostatnim czasie coraz częściej mówi się o misji stabilizacyjnej wojsk państw europejskich po wojnie na Ukrainie. Wiele środowisk, komentatorów, polityków i zwykłych obywateli wskazuje, że nie powinniśmy tego robić. Taka postawa wynika zarówno z narastającej niechęci do Ukrainy oraz z troski o naszych żołnierzy. Obie postawy są jak najbardziej zrozumiałe. Jednak w tym artykule, zupełnie bez poruszania kwestii jakichkolwiek uczuć względem Ukrainy lub Ukraińców, postaram się wyjaśnić, że obecność naszych wojska na wschodzie jest jedną z najważniejszych rzeczy do których możemy dążyć, aby zabezpieczyć naszą rację stanu.

Przykłady stacjonowania wojsk sojuszniczych w Polsce

Chciałbym zacząć od uporządkowania kilku kwestii teoretycznych, aby później przejść do obecnej sytuacji i wskazać, w jaki sposób stacjonowanie polskich wojsk w ramach misji stabilizacyjnej na Ukrainie mogłoby przyczynić się do wzrostu międzynarodowej pozycji naszego państwa. Postaram się również odwołać do najważniejszych przedstawicieli realizmu politycznego oraz polskich autorów, którzy w różnych epokach próbowali odpowiedzieć na pytania o położenie Polski pomiędzy silniejszymi sąsiadami i znaczenie przestrzeni ukraińskiej dla naszego bezpieczeństwa. Ich koncepcji nie należy oczywiście mechanicznie przenosić do XXI wieku. Traktuję je jako historyczne punkty odniesienia pozwalające lepiej zrozumieć mechanizmy opisywane w tym tekście. Od razu zachęcam, aby zapisać sobie ten tekst i w razie potrzeby do niego wrócić. Nie trzeba czytać wszystkiego za pierwszym razem. Złożone idee wymagają odpowiedniego wyjaśnienia, miejsca i czasu na namysł.

Jako Polska sami posiadamy wieloletnie doświadczenie związane ze stacjonowaniem na swoim terytorium wojsk sojuszniczych. W historii najnowszej można wyróżnić dwa zasadnicze okresy, czyli PRL, gdy byliśmy członkiem Układu Warszawskiego, oraz współczesność, gdy należymy do NATO. Obie sytuacje różnią się fundamentalnie, jednak łączy je jedno, stacjonujące w Polsce armie realizowały przede wszystkim interesy państw, które je wysłały. Dla uporządkowania wywodu pierwszą sytuację określiłbym jako obecność wojsk sojuszniczo-nieprzyjaznych, natomiast drugą jako obecność wojsk sojuszniczo-przyjaznych. Zarówno jedna, jak i druga forma obecności wpływała lub wpływa na swobodę podejmowania decyzji politycznych przez władze w Warszawie.

Najpierw przedstawię wpływ obecności wojsk sowieckich i amerykańskich na sprawy wewnętrzne Polski oraz mechanizmy wywierania nacisku na władze w Warszawie. W obu przypadkach wyglądały one inaczej ze względu na odmienny sposób pojawienia się tych wojsk w Polsce oraz zupełnie inne relacje łączące Warszawę z Moskwą i Waszyngtonem. Istotne pozostaje jednak to, że obecność wojskowa służy przede wszystkim zabezpieczaniu interesów państwa, które te siły wysyła. Następnie przejdę do wymiaru geopolitycznego, wpływu obecności wojsk na państwa sąsiednie i rywalizację pomiędzy blokami wojskowymi. Na podstawie tych historycznych obserwacji spróbuję wskazać zasady, którymi Polska powinna się kierować przy podejmowaniu decyzji o ewentualnym wysłaniu swoich żołnierzy na misję stabilizacyjną na Ukrainie. Poruszę także kwestię udziału Polaków w trwających działaniach zbrojnych u naszego wschodniego sąsiada.

Wojska sojuszniczo-nieprzyjazne. Sowieci w PRL

Wojska sowieckie znalazły się na naszym terytorium wbrew woli polskiego społeczeństwa i pomogły zainstalować w naszym państwie ideologię socjalistyczną, która początkowo doprowadziła do uformowania systemu totalitarnego, z czasem przekształconego w system autorytarny. Obecność sowieckiego wojska miała utrzymywać wpływy Moskwy w naszym państwie i tworzyła zarówno pośredni, jak i bezpośredni nacisk na prowadzenie polskiej polityki. Groźba użycia sowieckich sił miała być jednym z głównych czynników skłaniających władze do brutalnego tłumienia rozruchów antyrządowych czy antykomunistycznych. Generał Wojciech Jaruzelski wskazywał, że wprowadzenie stanu wojennego było podyktowane między innymi groźbą mobilizacji i wyjścia na ulice wojsk sowieckich.

Wcześniej, za rządów Władysława Gomułki, również kilkukrotnie rozważano użycie sowieckich wojsk przeciwko polskiej ludności. Sekretarz jednak za każdym razem stanowczo odmawiał. Pierwsza taka sytuacja miała miejsce w 1956 roku, gdy wojska sowieckie zostały postawione w stan gotowości. Po powrocie Gomułki do władzy i jego rozmowie z Chruszczowem zaniechano jednak ich użycia. W marcu 1968 roku radzieccy przywódcy byli zaniepokojeni demonstracjami w Polsce, które zbiegły się z Praską Wiosną w Czechosłowacji. Moskwa sondowała możliwość użycia wojsk stacjonujących w Polsce, ale Gomułka odrzucił tę pomoc, tłumacząc, że sytuacja znajduje się pod kontrolą, a polska milicja i SB poradzą sobie samodzielnie. W 1970 roku Moskwa również sygnalizowała gotowość użycia wojska, jednak Gomułka ponownie starał się odwieść sowieckich przywódców od tego pomysłu.

Gomułka obawiał się, że wkroczenie Armii Radzieckiej wywoła ogromne oburzenie społeczne i uczyni Polskę jeszcze bardziej zależną od Moskwy. Według jego argumentów wejście obcych wojsk sprowokowałoby Polaków do oporu na szeroką skalę, a sytuacja mogłaby przybrać formę powstania narodowego. Miał wskazywać na zawziętość polskich powstańców i możliwość rozpaczliwej, długiej oraz wyniszczającej walki z przeważającymi i lepiej uzbrojonymi siłami. Mogłaby ona doprowadzić do kolejnych niepotrzebnych śmierci, podobnie jak podczas powstania warszawskiego. W tym miejscu widzimy, jak sama możliwość wykorzystania stacjonujących wojsk wywierała presję na władze państwa i skłaniała je do bardziej stanowczego działania. Często miało to charakter wyboru mniejszego zła, jednak ostatecznie zabezpieczało wpływy Moskwy rękoma polskich decydentów politycznych.

„Drugi rodzaj niepożytecznego wojska są wojska pomocnicze, mianowicie jeśli zawezwiesz innego monarchę, by ze swoim wojskiem przyszedł cię ratować i bronić. […] Dla ratujących mogą te wojska użyteczne być i dobre, lecz są zawżdy szkodliwe dla poratowanych, ponieważ po przegranej jesteś zwyciężonym, po wygranej ujarzmionym. […] Są one bowiem o wiele niebezpieczniejsze niż najemne, upadek z nimi jest gotowy, bo są zjednoczone i komu innemu podwładne. […] Przeto każdy trochę mądry książę unikał tego gatunku wojska, a używał swoich ludzi i przegraną z nimi przenosił nad wygraną z obcymi, będąc tego przekonania, że wygrana z cudzą pomocą nie jest żadną wygraną. […] Streszczając, mówię tedy, że cudze wojska albo opuszczają, albo gnębią, albo też niszczą tego, który ich zawezwał. […] Twierdzę więc, że egzystencja każdego państwa tak długo jest niepewna, dopóki nie posiada narodowego wojska, i tylko na łasce szczęścia pozostaje, gdyż takie państwo nie ma sił, co by je w zaburzeniach ocalić mogły. Było zawżdy zdaniem i wyrocznią mądrych ludzi, że nie masz nic słabszego i mniej stałego nad sławę tego rządu, który się nie opiera na rodzimych siłach.” – Niccolò Machiavelli, „Książę”.

Machiavelli podaje przy tym przykład Francji, której własna konnica tak przyzwyczaiła się do współdziałania ze szwajcarską piechotą, że, jak pisał, straciła przekonanie, iż potrafi zwyciężać bez niej. Oczywiście wojska pomocnicze XVI-wiecznych monarchów nie są tym samym co współczesne wojska sojusznicze, jednak opis bardzo pasuje do wojsk sowieckich po II Wojnie Światowej. Aktualny pozostaje jednak opisany przez Machiavellego problem zależności. Jeżeli istotna część bezpieczeństwa państwa opiera się na wojskach pozostających pod polityczną kontrolą innego państwa, decyzje tego państwa muszą uzyskiwać większą wagę w kalkulacjach gospodarza.

Wojska sowieckie w Polsce zostały zainstalowane siłą i miały na celu utrzymanie systemu socjalistycznego nad Wisłą, a także wywieranie wpływu na kierunek reform wewnętrznych czy wybór najwyższych władz naszego państwa. Groźba użycia sił sowieckich mogła oznaczać daleko idące konsekwencje w postaci zniszczeń infrastruktury i śmierci wielu ludzi. Wiązałaby się również z dalszym ograniczeniem polskiej autonomii. Przykłady takiej interwencji widzieliśmy na Węgrzech oraz w Czechosłowacji. Polska nie była zainteresowana obecnością tych wojsk i postrzegała je nie tylko jako problem, ale również jako zagrożenie wewnętrzne. Moskwa mogła wykorzystywać możliwość ich użycia lub zwiększenia ich liczebności jako instrument nacisku. Zupełnie inaczej wygląda obecnie sytuacja z wojskami amerykańskimi.

Wojska sojuszniczo-przyjazne. Amerykanie w III RP

Obecna sytuacja różni się znacząco od tej, która miała miejsce w ubiegłym wieku. Polska na skutek przemian ustrojowych postanowiła podążać drogą integracji europejskiej i sojuszu ze światem zachodnim. Odsuwając od siebie wpływy rosyjskie i wykorzystując słabość tego państwa, postanowiliśmy zabezpieczyć swoje bezpieczeństwo poprzez zbliżenie z USA i wejście do struktur NATO. W aspekcie gospodarczym postawiliśmy natomiast na Unię Europejską i głębszą integrację z jej instytucjami. Patrząc obiektywnie na dostępne dane, oba wybory okazały się dla Polski korzystne, zapewniając nam dynamiczniejszy rozwój gospodarczy, a także wyższą jakość wojska pod względem standardów personelu oraz wyposażenia. Nie można jednak ukryć, że NATO, podobnie jak obecność wojsk amerykańskich w Polsce, jest również elementem polityki USA mającej na celu zabezpieczenie interesów tego państwa.

Wojska amerykańskie pojawiły się w Polsce na skutek zaproszenia i wieloletnich zabiegów naszej elity politycznej. Obecność wojsk NATO ma zapewnić bezpieczeństwo polskim obywatelom na wypadek agresywnych działań Federacji Rosyjskiej, sprzymierzonej z nią Białorusi albo innych państw, które chciałyby zbrojnie zagrozić Polsce. Faktem geopolitycznym jest, że Rosja, w jakiejkolwiek postaci, zawsze będzie naszym rywalem w regionie. W różnych okresach rywalizacja ta może wyglądać inaczej, jednak nie można ukryć faktu, że długoterminowo Polska i Rosja posiadają zdecydowanie sprzeczne interesy. Dodatkowo militarystyczne podejście Rosji zwiększa prawdopodobieństwo eskalacji, czego przykładami są Gruzja, Ukraina, konflikty na Kaukazie czy wcześniejsze działania Moskwy wobec państw bloku wschodniego.

Ten sposób patrzenia na rosyjską politykę dobrze wpisuje się w realizm ofensywny Johna Mearsheimera przedstawiony w „Tragizmie polityki mocarstw”. Mearsheimer nie tłumaczy ekspansywnej polityki mocarstw wyłącznie ideologią, charakterem konkretnego narodu czy osobowością jego przywódcy. Punktem wyjścia jest struktura systemu międzynarodowego, w którym państwa nie mogą posiadać całkowitej pewności co do przyszłych intencji swoich rywali. Państwa posiadają więc silną motywację do zwiększania własnej siły względem potencjalnych rywali, a mocarstwa, jeżeli pozwalają im na to warunki, do osiągnięcia hegemonii regionalnej. Z tej perspektywy nie można budować bezpieczeństwa Polski wyłącznie na nadziei, że Rosja któregoś dnia trwale zrezygnuje z prób podporządkowywania sobie państw znajdujących się w jej otoczeniu. Znacznie pewniejsze jest stworzenie takiego układu sił, w którym próba rosyjskiej ekspansji będzie po prostu zbyt kosztowna.

Polska wybrała USA jako gwaranta swojego bezpieczeństwa militarnego w regionie. Dlatego każda groźba wycofania wojsk amerykańskich z naszego państwa rzuca blady strach na polityków. Parasol ochronny, który jest nad nami roztaczany, ma jednak swoją cenę w postaci większego wpływu Waszyngtonu na sprawy wewnętrzne naszego państwa. Jednym z historycznych przykładów mogą być tajne więzienia CIA zlokalizowane na terytorium Polski czy zaangażowanie naszych sił w wojny w Afganistanie i Iraku. Z bardziej współczesnych przykładów możemy wskazać ingerowanie w polską politykę wyborczą przez przedstawicieli różnych środowisk politycznych w USA. Widzieliśmy przy okazji wyborów parlamentarnych, a później prezydenckich, że zarówno Demokraci, jak i Republikanie posiadają swoich faworytów do objęcia najwyższych funkcji w państwie i wspierają ich na różne sposoby, między innymi za pośrednictwem aktywności swoich przedstawicieli dyplomatycznych w Warszawie.

Obecność amerykańskich wojsk ma na celu zabezpieczenie bezpieczeństwa Polski. Dlatego możliwość ograniczenia amerykańskiej obecności wojskowej wywołuje w Warszawie nieporównywalnie większe obawy niż podobny kryzys z państwem, od którego polskie bezpieczeństwo nie zależy. Stałym elementem amerykańskiej polityki, bez względu na to, jaki gabinet znajduje się w Białym Domu, jest również zabezpieczanie interesów amerykańskich korporacji. Przykładem była sprawa TVN czy dyskusja dotycząca opodatkowania cyfrowych gigantów. Dodatkowo Polska stara się wkupić w łaski Amerykanów, dokonując dużych zakupów amerykańskiego sprzętu, niekiedy kosztem rozwoju własnych linii produkcyjnych. Warto wspomnieć, że według raportu Centrum Łukasiewicz „Wzrost nakładów na obronę narodową – szansa na poprawę innowacyjności polskiej gospodarki?” większe zamówienia kierowane do naszego sektora zbrojeniowego mogą przełożyć się na rozwój polskiej gospodarki i podniesienie jej potencjału innowacyjnego. Wszystko to odbywa się przy świadomości, że Stany Zjednoczone mogą ograniczyć swoją obecność wojskową w Polsce lub zmniejszyć skalę aktywności sojuszniczej.

Znaczenie geopolityczne wojsk w Polsce dla ZSRR oraz USA

Powyższe przykłady wskazują na różnice w podejściu ZSRR oraz USA do wywierania wpływu na politykę wewnętrzną Polski. Oczywiście wojska obu państw znalazły się na naszym terytorium w zupełnie inny sposób. Jedne zostały przez nas zaproszone, a drugie pojawiły się bez naszej zgody i bez niej również przez dziesięciolecia pozostawały. Podejście Sowietów było bardziej bezpośrednie. Ich nacisk wiązał się z groźbą użycia siły, a obecność wojska była jednym z gwarantów utrzymania komunistycznego systemu w Polsce. W przypadku USA naciski mają znacznie bardziej pośredni charakter, a Polacy obawiają się przede wszystkim braku amerykańskich wojsk, a nie ich obecności na naszym terytorium. Jednak z perspektywy geopolitycznej cele obu armii posiadają pewne podobieństwa.

W czasach Układu Warszawskiego Polska była zachodnią flanką sojuszu i bardzo ważnym węzłem logistycznym prowadzącym zarówno do NRD, jak i państw położonych bardziej na południu. Polska zapewniała również głębię operacyjną na potencjalnym froncie. Także linia Wisły wydawała się względnie dogodnym miejscem ewentualnej obrony. Obecnie stanowimy wschodnią flankę NATO, zapewniamy infrastrukturę i głębię operacyjną podczas potencjalnego konfliktu, a także jesteśmy niezbędni dla utrzymania połączenia z państwami bałtyckimi i umożliwienia współdziałania na osi północ-południe pomiędzy członkami Sojuszu. Nasz potencjał infrastrukturalny został zresztą bardzo wyraźnie zademonstrowany podczas obecnej wojny na Ukrainie.

Obecność wojsk na tak istotnym geopolitycznie odcinku umożliwia szybką reakcję sił mocarstwa, a także sprawia, że dane terytorium staje się swojego rodzaju przedmurzem, na którym w razie wojny mogą toczyć się najbardziej wyniszczające walki, powodujące ogromne straty w infrastrukturze i wśród miejscowej ludności. Z punktu widzenia Polski nie jest to korzystna rola, ponieważ oznacza ryzyko ogromnych zniszczeń i śmierci wielu ludzi. Dla nas znacznie korzystniejsze byłoby przesunięcie takiej przestrzeni strategicznej bardziej na wschód, przede wszystkim na Ukrainę, a w przyszłości ewentualnie również na Białoruś. Tak czy inaczej, obecność zarówno wojsk ZSRR, jak i USA w Polsce była lub jest elementem geopolityki i rywalizacji mocarstw. Zabezpiecza interes narodowy państwa wysyłającego wojska, w większym lub mniejszym stopniu wykorzystując przy tym terytorium gospodarza. W przypadku NATO otrzymujemy jednak w zamian bardzo wymierną korzyść w postaci zwiększenia naszego bezpieczeństwa.

Dodatkowo posiadanie wojsk operacyjnych w pobliżu granicy rywalizujących bloków może wywierać presję na przeciwnika oraz posiadać istotny efekt odstraszający. To właśnie doktryna odstraszania przyświeca polskiej elicie politycznej w kontekście zapraszania i utrzymywania amerykańskich wojsk nad Wisłą. Warto jednak zauważyć, że ani wojska ZSRR, ani wojska USA nie były lub nie są rozmieszczone bezpośrednio na samej granicy bloku wojskowego, lecz raczej na jego zapleczu logistycznym. Zapewnia to możliwość wykorzystania tych sił w odpowiednim momencie, ale również ich wycofania, jeżeli sytuacja uległaby eskalacji, a decydenci uznaliby, że dalsze narażanie wojsk na straty nie leży w ich interesie. Podobny mechanizm można byłoby wykorzystać w przypadku Wojska Polskiego stacjonującego na Ukrainie.

Żołnierze polscy w działaniach zbrojnych na Ukrainie

Oczywiście nie chodzi o to, aby Polska dokonała czynnej interwencji zbrojnej w konflikcie na wschodzie po stronie Ukrainy. Doprowadziłoby to do znacznie większej eskalacji i prawdopodobnie zwiększenia wysiłku zbrojnego Federacji Rosyjskiej. Przypomnijmy, że Rosja wciąż nie przeprowadziła pełnej mobilizacji swoich zasobów ludzkich czy produkcyjnych, chociaż mamy już do czynienia z gospodarką wojenną. Nie możemy także zapominać o broni atomowej. Dodatkowo moglibyśmy spodziewać się eskalacji na odcinku Królewiec-Białoruś. Całość wymagałaby zaangażowania znacznych środków, rozbudowy zdolności produkcyjnych i powodowałaby zwiększenie poziomu zagrożenia dla państwa polskiego. Narażalibyśmy również na śmierć wielu naszych żołnierzy. Podsumowując, obecnie takie działania byłyby dla Polski nieopłacalne w stosunku do potencjalnych korzyści. Znacznie korzystniejsze jest dla nas, że to Ukraina prowadzi konflikt z Rosją, angażując pełnię, albo przynajmniej większość, swoich zasobów.

Nie jest to podejście pacyfistyczne, ale chłodna kalkulacja kosztów i korzyści. Już Sun Tzu zwracał uwagę, że przeciągająca się wojna może z czasem zacząć osłabiać nawet państwo zdolne do odnoszenia sukcesów militarnych:

„Najważniejszym celem wojny jest zwycięstwo. Jeśli kampania się przedłuża, to zużywa się uzbrojenie i upada morale armii. Kiedy oddziały zdobywają miasto, ich siła może zostać rozproszona. Jeśli armia zaangażowana jest w przedłużającą się kampanię, to środki jakimi dysponuje państwo mogą okazać się niewystarczające. […] Kiedy twój oręż jest stępiony, zapał ostudzony, siła wyczerpana, a skarbiec pusty, dowódcy sąsiednich państw mogą wykorzystać to do rozpoczęcia działań wojennych. […] Dlatego nie słyszano o przedłużającej się wojnie, z której państwo odniosłoby jakąkolwiek korzyść.” – Sun Tzu, „Sztuka wojny”.

Ta uwaga szczególnie dobrze pasuje do obecnej sytuacji Polski. Nie chodzi o to, aby unikać wojny za wszelką cenę. Jeżeli wymagałoby tego przetrwanie państwa, koszt należałoby ponieść. Dobrowolne wchodzenie do wieloletniego konfliktu rosyjsko-ukraińskiego oznaczałoby jednak dla Polski zużywanie własnych zapasów, sprzętu, środków finansowych i zasobów ludzkich w sytuacji, w której podstawowy ciężar osłabiania Rosji ponosi obecnie Ukraina. Z punktu widzenia polskiej racji stanu znacznie korzystniej jest wspierać Ukrainę, jednocześnie zachowując własne siły na wypadek rozszerzenia konfliktu.

W teorii stosunków międzynarodowych podobny mechanizm opisuje John Mearsheimer jako buck-passing, czyli przerzucanie głównego ciężaru równoważenia niebezpiecznego przeciwnika na inne państwo. Państwo zagrożone wzrostem potęgi rywala nie zawsze musi samo ponosić zasadniczy koszt jego powstrzymywania. Jeżeli istnieje inny podmiot zdolny wiązać przeciwnika, racjonalne może być jego wspieranie przy jednoczesnym zachowywaniu własnych zasobów. Taka strategia posiada jednak zasadnicze ryzyko, jeżeli państwo ponoszące główny ciężar zostanie pokonane, dotychczasowy obserwator może stanąć wobec znacznie silniejszego przeciwnika. Właśnie dlatego w interesie Polski leży jednocześnie niewchodzenie bezpośrednio do obecnej wojny i udzielanie Ukrainie pomocy wystarczającej do uniemożliwienia Rosji odniesienia decydującego zwycięstwa.

Inaczej wygląda sytuacja w kontekście zdobywania doświadczenia ze współczesnego pola walki. Pola walki, które może nie różnić się aż tak znacząco od tego, z czym mielibyśmy do czynienia w przypadku ewentualnego konfliktu polsko-rosyjskiego albo innego konfliktu, w który zaangażowane byłyby Siły Zbrojne RP. Obecnie wiemy, że na Ukrainie walczą polscy ochotnicy. Nazywanie ich przez niektórych Polaków najemnikami czy zdrajcami jest nie tylko niepoprawne, ale zwyczajnie głupie i potencjalnie szkodliwe dla państwa polskiego oraz naszego narodu. Ci ludzie zdobywają doświadczenie z pola walki, organizacji współczesnej logistyki czy zarządzania zasobami ludzkimi. Nasze państwo, a szczególnie nasze wojsko, powinno wykorzystać ich doświadczenia i stworzyć możliwość przekazywania tej wiedzy polskim żołnierzom.

Istnieje także trzecia opcja, której albo nie ma, albo, jak mam nadzieję, po prostu o niej nie wiemy. Chodzi o nieoficjalne zaangażowanie czynnych żołnierzy Wojska Polskiego. Ochotnicy, którzy sami zgłosili się do obrony Ukrainy, zajmują przede wszystkim niższe stanowiska frontowe oraz pomocnicze. W przypadku wyżej postawionych wojskowych zdobywanie przydatnych doświadczeń może przebiegać na poziomie całego systemu prowadzenia operacji wojennych, a nie wyłącznie na najniższym poziomie taktycznym. Warto zaznaczyć, że oba poziomy są istotne dla skutecznego prowadzenia działań wojennych. Posiadamy oczywiście attaché wojskowego w Kijowie, a dodatkowo chargé d’affaires Ambasady RP w Kijowie jest pułkownikiem rezerwy Sił Zbrojnych RP. Ważne pozostaje jednak zbieranie doświadczeń na wszystkich szczeblach prowadzenia konfliktu, zarówno po stronie wojskowej, jak i cywilnej.

Chciałbym w tym miejscu zatrzymać się przy stwierdzeniach takich jak „to nie nasza wojna”, „na Ukrainie walczą polscy najemnicy” i wszystkich innych hasłach, które w praktyce służą popieraniu rosyjskiej narracji dotyczącej inwazji na Ukrainę:

„Jego powaga zyskuje także przez otwarte działanie, zwłaszcza jeżeli się deklaruje otwartym przyjacielem lub nieprzyjacielem i bezwarunkowo czyjąś stronę popiera. Taki zawsze lepiej na tym wyjdzie niż neutralista; bo jeśli dwóch jego sąsiadów rozpocznie między sobą walkę, dwojaki może zajść wypadek: albo ten z nich, który drugiego zwycięży, będzie neutraliście niebezpieczny, albo nie. Tak czy siak, zawżdy jest korzystniej połączyć się z jedną stroną i wziąć udział w wojnie. W pierwszym bowiem wypadku neutralista idzie na łup zwycięzcy, z czego także zwyciężony cieszy się i jest kontent, nie mając żadnego powodu ani względu, by neutraliście dopomógł albo go bronił. Zwycięzca nie cierpi dwuznacznych przyjaciół lub takich, którzy mu w potrzebie nie pomagają, a zwyciężony odpycha od siebie neutralistę jako tego, który nie chciał się uzbroić i losu jego podzielać. […] Zwykle się dzieje, że nieprzyjaciel prosi nas o zachowanie neutralności, przyjaciel o zbrojną pomoc; jeżeli więc jaki książę nie posiada dość odwagi i dla uniknienia bliskiego niebezpieczeństwa deklaruje się zostać neutralnym, ten książę może być pewnym swego upadku […]” – Niccolò Machiavelli, „Książę”.

Czy Ukraina jest świętym państwem, naszym bratnim narodem, sprzymierzeńcem i sojusznikiem? Oczywiście, że nie. Nie możemy jednak zapominać o realiach geopolitycznych. Polska jest położona między dwiema potęgami, czyli znacznie większymi gospodarczo Niemcami i znacznie mniej przewidywalną Rosją. Oba te państwa, a wcześniej funkcjonujące na ich obszarze organizmy państwowe, przez stulecia rywalizowały z Polską o wpływy w Europie Środkowo-Wschodniej. Niestety, mimo pojawiających się w minionych wiekach okazji do wykorzystania własnej siły w celu neutralizacji lub ograniczenia rozwoju obu naszych rywali, nie zrobiliśmy tego. Poskutkowało to rozbiorami, a później wpadnięciem w orbitę wpływów Moskwy. Najpierw w okresie carskim, a następnie za sprawą komunistów. Obecnie również nie da się ukryć, że Polska znajduje się pod znacznym wpływem Niemiec, chociaż wpływy te są zdecydowanie bardziej rozwodnione, mniej inwazyjne i bardziej subtelne niż wcześniejsza kontrola rosyjska.

Wspomniany wpływ Niemiec polega przede wszystkim na soft power oraz przewadze gospodarczej. Nie oznacza to jednak, że relacje polsko-niemieckie, szczególnie wraz z odradzaniem się tendencji rewizjonistycznych na Zachodzie, nie mogą w przyszłości ulec zaostrzeniu. Takie realistyczne podejście do polityki zagranicznej nie jest zresztą obce polskiej myśli narodowej. Jan Ludwik Popławski, publicysta i jeden z głównych ideologów rodzącej się pod koniec XIX wieku Narodowej Demokracji, należał obok Romana Dmowskiego i Zygmunta Balickiego do najważniejszych twórców nowoczesnego polskiego nacjonalizmu. W swoich rozważaniach o polityce zagranicznej sprzeciwiał się zastępowaniu kalkulacji interesu narodowego sentymentalnymi hasłami wspólnoty słowiańskiej. Nie odrzucał współpracy z innymi narodami jako takiej, ale uważał, że powinna ona wynikać ze wspólnoty konkretnych interesów, a nie z abstrakcyjnego „braterstwa”. Pisał wręcz, że prowadzenie polityki opartej na takich hasłach oznacza „dopomaganie Rosji bez żadnej korzyści dla siebie”.

„Groźne widmo tej walki wywołuje czasem polityka, częściej prasa rosyjska, na postrach Niemcom, kiedy jej tego potrzeba i wyzyskuje bałamutne hasła panslawistyczne dla swoich bardzo realnych celów państwowych i narodowych. Prowadzenie polityki w imię tych haseł jest tylko dopomaganiem Rosji bez żadnej korzyści dla siebie, bo my ich dla naszej sprawy wyzyskać nie możemy.

Natomiast szerzenie w opinii publicznej nieokreślonych tendencji polityki wszechsłowiańskiej przedstawia poważne niebezpieczeństwo dla naszej świadomości politycznej. Przede wszystkim hasła solidarności słowiańskiej sprowadzają naszą myśl polityczną z realnego gruntu dążeń i interesów narodowych na bezdroża fantazji, na których zmarnieć musi jej dorobek dotychczasowy, zdobyty ciężkim doświadczeniem, pracą kilku pokoleń w różny sposób i na różnych drogach dla sprawy narodowej działających.” – Jan Ludwik Popławski, „Polityka słowiańska”.

Sens tego rozumowania pozostaje aktualny również dzisiaj. Polska nie powinna wspierać Ukrainy dlatego, że Ukraińcy są Słowianami, „bratnim narodem” albo dlatego, że oczekujemy od nich wdzięczności. Powinniśmy wspierać ją wtedy i w takim zakresie, w jakim jej zdolność do przeciwstawienia się Rosji zwiększa bezpieczeństwo i relatywną siłę Polski. Na ten moment to Rosja jest naszym głównym rywalem i zagrożeniem. Jej cykliczny „marsz na zachód” odbywa się po okresach względnej odwilży. Niestety Polska stoi na jego drodze.

W tym miejscu możemy odwołać się do polskiego realizmu politycznego oraz koncepcji mocarstwowej rozwijanej w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Jednym z jej elementów było wykorzystanie niepodległej Ukrainy Naddnieprzańskiej do osłabienia wpływów Rosji i ograniczenia zagrożenia, jakie stanowiła ona dla Polski. Podobne założenie było częścią idei prometejskiej, która zakładała rozbicie rosyjskiego imperium poprzez usamodzielnienie narodów znajdujących się pod jego panowaniem. Działania destabilizacyjne prowadzone z terytorium Białorusi pokazują z kolei, że Rosja nie musi dążyć do pełnoskalowego konfliktu z państwem członkowskim NATO, aby prowadzić przeciwko niemu działania wrogie. Można spodziewać się, że nie zaniechałaby działań hybrydowych również w przyszłości. Już obecnie na terytorium Polski prowadzone są akcje sabotażowe od podpaleń po cyberataki wymierzone w infrastrukturę krytyczną, między innymi wodociągi.

Polskie wojsko na Ukrainie a nasza racja stanu

Osobiście zaangażowanie naszych czynnych jednostek wojskowych w dużej liczbie widziałbym dopiero po zakończeniu działań wojennych na Ukrainie. Jakiś czas temu pojawiła się koalicja chętnych, która zasugerowała możliwość wysłania swoich wojsk na Ukrainę w ramach misji stabilizacyjnej. Gotowość do takiego kroku wyraziła między innymi Litwa, która sama w sobie jest małym i niewiele znaczącym państwem. Dlatego mimo wcześniejszej niechęci Wilno stara się coraz bardziej ocieplać stosunki z Polską. Jesteśmy jej niezbędni do przetrwania pod względem logistycznym i wojskowym. Podobnie jest z Ukrainą. Może ona co prawda rozwinąć zaplecze logistyczne przez Rumunię, jednak jest ono znacznie bardziej zagrożone. Droga przez Słowację i Węgry wydaje się natomiast mało stabilna. Trzeba jasno powiedzieć, że obrona Ukrainy przed Rosją nie jest możliwa bez zaangażowania Polski przynajmniej w pewnym zakresie.

Dodatkowo, jeżeli ktoś uważa, że Ukraina jest złym państwem czy nawet bezpośrednim wrogiem Polski, dla mojej koncepcji nie ma to większego znaczenia, a w pewnym sensie nawet bardziej ją uzasadnia. Podpierając się samą logiką, podczas konfliktu dwóch wrogów powinno wspierać się słabszego, aby silniejszy nie odniósł łatwego zwycięstwa i został możliwie najbardziej osłabiony. W ten sposób zwiększa się własną relatywną siłę wobec obu stron. Obecnie nie ma wątpliwości, że Ukraina w porównaniu z Rosją jest zdecydowanie słabszym państwem, które może funkcjonować tylko dzięki zachodniej pomocy. I nie tylko pod względem wojskowym, ale również cywilnym. Dlatego w obecnej wojnie powinniśmy wspierać Ukrainę. Nie jest to zresztą koncepcja nowa. Bardzo podobną logikę równowagi sił Machiavelli dostrzegał w polityce Rzymu wobec państw greckich:

„Zdobywca powinien być głową i protektorem słabszych sąsiadów i starać się o osłabienie możnych, tudzież przestrzegać, aby przypadkiem inny co do mocy jemu równy cudzoziemiec do kraju nie wkroczył. […] Skoro obcy potentat wtargnie do kraju, słabsza partia z zazdrości przeciw partii mocniejszej łączy się z nim. Przychylność słabszej partii łatwo można dla siebie zjednać, bo chętnie i bez namysłu stanie ona po stronie nowego rządu; na to jedynie trzeba uważać, aby zbytnio w siłę lub w znaczenie nie urosła, zaś własną potęgą, przy pomocy tej słabszej partii, snadno przyjdzie księciu uskromić partię możnych i samemu władzę dzierżyć. […] Tej samej polityki trzymali się Rzymianie w podbitych prowincjach; wysyłali do nich kolonie, wspierali słabych bez dozwolenia, aby zostali silnymi, upokarzali możnych i nie dali nabywać wziętości znakomitym cudzoziemcom. Dla okazania tego ograniczę się do prowincji greckiej. Trzymając stronę Achajczyków i Etolów, poniżali królów macedońskich i wypędzili Antiocha. Lecz mimo wszelkich zasług Achajczyków i Etolów nie pozwolono im utworzyć jednego państwa […]” – Niccolò Machiavelli, „Książę”.

Oczywiście trudno bezpośrednio przenosić politykę Rzymu na stosunki między współczesnymi suwerennymi państwami. Sam mechanizm równowagi sił pozostaje jednak interesujący. Rzym nie wspierał słabszych z altruizmu. Wykorzystywał ich do ograniczania silniejszych przeciwników, jednocześnie dbając o to, aby dotychczasowy słabszy sojusznik sam nie urósł do pozycji mogącej zagrozić rzymskiej przewadze. Podobnie Polska może być zainteresowana Ukrainą zdolną powstrzymywać Rosję, nie będąc jednocześnie zainteresowana takim wzrostem ukraińskiej potęgi, który odbywałby się kosztem relatywnej pozycji Polski.

Po zakończeniu konfliktu, niezależnie od tego, na jakich zasadach by do tego doszło, Polska powinna aktywnie dążyć do umieszczenia swoich wojsk na terytorium Ukrainy. Nie ma przy tym zasadniczego znaczenia, czy Kijów zdołałby odzyskać granice sprzed 2022 roku, czy zostałby zmuszony do cesji terytorialnych. Załóżmy jednak, że do trwałego traktatu pokojowego nie dochodzi, a konflikt zostaje jedynie zamrożony. Błędem byłoby wówczas wysyłanie polskich żołnierzy na samą linię rozgraniczenia albo w jej bezpośrednie sąsiedztwo. Powiedzmy, że nie powinniśmy przekraczać linii Dniepru. Tak jak obecne wojska NATO w Polsce, powinniśmy utrzymywać siły w części państwa mniej narażonej na bezpośrednie wznowienie konfliktu, zapewniając sobie odpowiednią głębię operacyjną i dobre zaplecze logistyczne. Samo rozmieszczenie wojsk powinno wynikać z kalkulacji strategicznej, a nie z potrzeby demonstracyjnego ustawienia ich możliwie najbliżej przeciwnika. Sun Tzu poświęca temu znaczną część swoich rozważań dotyczących terenu:

„Biorąc to wszystko pod uwagę, nie walcz na rozpraszającym terenie, nie zatrzymuj się podczas wypadu na terenie frontowym sąsiedniego państwa. Nie atakuj przeciwnika, który zajął teren kluczowy, zaś na terenie komunikacyjnym nie pozwól na rozerwanie swojego szyku i oderwanie części armii. Na terenie ogniskującym, otoczonym przez sąsiednie państwa uzupełniaj zapasy. W trudnym terenie przyj naprzód. W terenie otoczonym uciekaj się do forteli. W martwym terenie – walcz!” – Sun Tzu, „Sztuka wojny”.

Nie chodzi oczywiście o mechaniczne przenoszenie kategorii opisanych ponad dwa tysiące lat temu na współczesną Ukrainę. Aktualna pozostaje sama zasada. Wojska powinny znajdować się tam, gdzie posiadają korzystne zaplecze, zachowują spójność, mogą być regularnie zaopatrywane i nie zostają niepotrzebnie wystawione na warunki wybrane przez przeciwnika. Celem polskiej obecności nie powinno być więc ustawienie naszych żołnierzy możliwie najbliżej Rosjan, lecz rozmieszczenie ich w taki sposób, aby sama ich obecność zwiększała koszt ponownej rosyjskiej agresji przy możliwie ograniczonym ryzyku dla Polski.

Naturalnym miejscem głównej obecności Wojska Polskiego na Ukrainie wydaje się Lwów. Jest to duże i ważne miasto położone bardzo blisko granicy z Polską i połączone liniami kolejowymi z naszym państwem. Nie wspominając już o polskim sentymencie. Prawdopodobnie sama obecność we Lwowie jednak by nie wystarczyła. Jeżeli Polska zdecydowałaby się na uczestnictwo w powojennej misji stabilizacyjnej, wysłanie kilkuset czy nawet dwóch lub trzech tysięcy żołnierzy miałoby przede wszystkim znaczenie symboliczne. Moglibyśmy powiedzieć, że uczestniczymy w gwarantowaniu bezpieczeństwa Ukrainy, jednak nasza rzeczywista zdolność oddziaływania na sytuację byłaby ograniczona. Jeżeli równocześnie na terytorium Ukrainy znajdowałyby się porównywalne lub większe kontyngenty francuskie, brytyjskie, niemieckie i innych państw europejskich, ewentualne wycofanie polskich sił nie stanowiłoby dla Kijowa wydarzenia istotnie zmieniającego jego sytuację strategiczną. Powstałą lukę można byłoby stosunkowo szybko uzupełnić.

Z punktu widzenia polskiej racji stanu nie powinniśmy dążyć wyłącznie do uczestnictwa w takiej misji. Powinniśmy dążyć do uzyskania w niej pozycji jednego z państw dominujących, a najlepiej najważniejszego państwa lądowego. Gdyby natomiast taka misja ostatecznie nie doszła do skutku, sami powinniśmy podjąć kroki, aby stać się jednym z głównych gwarantów bezpieczeństwa Ukrainy. Prawdopodobnie dołączyłaby do nas Litwa, choć zapewne z niewielkim kontyngentem, a być może również pozostałe państwa bałtyckie czy niektóre inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Jeżeli jednak dojdzie do powstania międzynarodowej misji, znacznie istotniejsze będzie to, aby Polska posiadała największy albo jeden z największych kontyngentów narodowych, odpowiadała za znaczną część zaplecza logistycznego i uczestniczyła w strukturach dowodzenia.

Dzięki naszemu położeniu geograficznemu część tych przewag otrzymujemy właściwie za darmo. Warto wiedzieć, że Wielka Brytania i Francja podpisały z Ukrainą deklarację dotyczącą przyszłego rozmieszczenia sił wielonarodowych, a po zawieszeniu broni planowane jest utworzenie na Ukrainie wojskowych hubów, obiektów przeznaczonych dla uzbrojenia oraz struktur odpowiedzialnych za odbudowę zdolności ukraińskiej armii. Multinational Force for Ukraine ma działać na terytorium Ukrainy po zakończeniu aktywnych działań wojennych i na zaproszenie władz w Kijowie.

Niestety polskie władze przyjmują obecnie stanowisko odmienne od proponowanego w tym tekście. Premier Donald Tusk wykluczył wysłanie polskich żołnierzy na Ukrainę, jednocześnie wskazując, że Polska ma należeć do czterech państw odgrywających kluczową rolę w powojennym systemie bezpieczeństwa i odpowiadać przede wszystkim za kwestie logistyczne oraz organizacyjne. W mojej ocenie oznacza to wykorzystanie tylko części naszego potencjału, a nawet zaprzepaszczenie szansy na budowanie wpływów w regionie. Przypomina to politykę „ciepłej wody w kranie”, czyli niezbędnego minimum, które jest już zbyt ciasne dla ambicji polskich obywateli. Polska rzeczywiście posiada naturalną przewagę logistyczną nad Wielką Brytanią, Francją czy innymi zachodnimi państwami, jednak właśnie dlatego powinna połączyć ją z fizyczną obecnością własnych wojsk.

Ile polskich wojsk powinno znaleźć się na Ukrainie?

W hipotetycznym scenariuszu przedstawionym w tym tekście rozsądną wielkością wydaje się około 15 tys. żołnierzy (jest to luźny szacunek. Według potrzeba ta liczba może wzrosnąć, albo zmaleć). Obecnie w Polsce znajduje się około 10 tys. żołnierzy NATO. Oczywiście jest to liczba umowna i powinna zależeć od ogólnej wielkości całej misji stabilizacyjnej. Jeżeli wszystkie siły europejskie liczyłyby 100 tys. ludzi, co wydaje się mało prawdopodobne, polskie 15 tys. żołnierzy nie zapewniałoby nam dominującej pozycji. Jeżeli jednak cała misja liczyłaby 35-50 tys. żołnierzy, Polska posiadałaby około jednej trzeciej całego potencjału osobowego. Byłaby to już zupełnie inna sytuacja niż wysłanie symbolicznej brygady czy batalionu. Będąc chciwym i zwiększyć możliwości wywierania polskiego wpływu na Ukrainę możnabyłoby ten stosunek zwiększyć do 50% (albo więcej) polskiego personelu w ramach misji.

Jednak załóżmy, że na Ukrainie znalazłoby się 15 tys. polskich żołnierzy, po 6-8 tys. Brytyjczyków i Francuzów, kilka tysięcy Niemców oraz mniejsze kontyngenty państw bałtyckich, skandynawskich, Czech, Rumunii czy innych członków koalicji. Polska stałaby się wówczas największym pojedynczym uczestnikiem całej misji. Jej nagłe wycofanie nie oznaczałoby utraty kilku procent sił, ale potencjalnie około jednej trzeciej całej obecności lądowej. Nie sama liczba żołnierzy jest jednak najważniejsza. Jeżeli Francuzi odpowiadaliby za dowodzenie, Brytyjczycy za rozpoznanie, Niemcy za logistykę, a Polska dostarczałaby wyłącznie dużą liczbę żołnierzy, nasze jednostki można byłoby z czasem zastąpić. Znacznie korzystniejszy byłby model, w którym Polska odpowiadałaby równocześnie za znaczącą część transportu, magazynowania, remontów, szkolenia i zabezpieczenia materiałowego, a także uczestniczyłaby w jednym z głównych elementów dowodzenia misją.

Geografia działa tutaj na naszą korzyść. Francja może wysłać więcej pieniędzy. Wielka Brytania może zapewnić bardzo dobre zdolności rozpoznawcze i lotnicze. Niemcy mogą dysponować większym potencjałem gospodarczym. Żadne z tych państw nie może jednak przesunąć swojego terytorium nad ukraińską granicę. Polska może bezpośrednio połączyć własne zaplecze kolejowe, drogowe, magazynowe i wojskowe z zachodnią Ukrainą. W czasie obecnej wojny znaczenie tej przewagi zostało już udowodnione. Po zakończeniu konfliktu należałoby ją utrwalić. Znaczenie odległości od własnego zaplecza oraz kosztów zaopatrzenia należy zresztą do najbardziej podstawowych zasad prowadzenia wojny. Już Sun Tzu zwracał uwagę, że wraz z wydłużaniem linii zaopatrzenia rośnie ciężar utrzymywania armii:

„Ekwipunek powinieneś zabrać ze swojego kraju, zaś aprowizację zdobyć w kraju wroga. W ten sposób armia będzie dobrze zaopatrzona. Kiedy kraj jest wyniszczony przez działania wojenne, przyczyną jest wyekspediowanie armii na duży dystans, bowiem przeniesienie zaopatrzenia armii na wielką odległość powoduje zubożenie ludności. Tam, gdzie wkroczyła armia, rosną ceny; kiedy ceny pną się w górę, znika dostatek”. – Sun Tzu, „Sztuka wojny”.

Od czasów Sun Tzu logistyka wojskowa zmieniła się nieporównywalnie bardziej niż sama natura państwowej rywalizacji. Współczesne armie wykorzystują kolej, transport samochodowy i lotniczy, jednak podstawowy mechanizm pozostaje taki sam: im dalej od własnego zaplecza znajduje się kontyngent, tym więcej zasobów trzeba przeznaczyć na jego utrzymanie. W tym zakresie Polska posiada przewagę, której Francja, Wielka Brytania czy Niemcy nie mogą zniwelować samymi pieniędzmi. Dla nas zachodnia Ukraina zaczyna się bezpośrednio za granicą państwa.

Lwów jako główny ośrodek polskiej obecności

Największym skupiskiem polskich wojsk, jak już wspomniałem, powinien być szeroko rozumiany region Lwowa. Można sobie wyobrazić obecność około 5-6 tys. żołnierzy w zachodniej części Ukrainy. Nie chodziłoby wyłącznie o jednostki bojowe, ale również o logistykę, dowodzenie, szkolenie, zabezpieczenie techniczne czy elementy obrony przeciwlotniczej. Lwów posiada dla Polski kilka zasadniczych zalet. Po pierwsze, znajduje się blisko naszej granicy, co ogranicza koszty logistyczne i ułatwia rotację sił. Po drugie, jest jednym z najważniejszych ośrodków zachodniej Ukrainy i znajduje się daleko od potencjalnej linii wznowienia bezpośrednich walk lądowych. Po trzecie, z tego regionu można zabezpieczać dalsze połączenia prowadzące w kierunku centrum państwa.

Nie bez znaczenia pozostaje także wymiar polityczny. Powstanie dużego i trwałego polskiego ośrodka wojskowego w zachodniej Ukrainie sprawiłoby, że współpraca z Polską stałaby się jednym z trwałych elementów ukraińskiej architektury bezpieczeństwa. Niezależnie od tego, jaka partia rządziłaby w Warszawie lub Kijowie, oba państwa posiadałyby dodatkowy system wzajemnych zależności. Sama obecność pod Lwowem byłaby jednak niewystarczająca. Polska zostałaby wówczas sprowadzona przede wszystkim do roli zaplecza logistycznego. Dlatego sensowne byłoby utworzenie kolejnych punktów obecności w środkowej i południowej części państwa.

Drugim najważniejszym miejscem powinien być szeroko rozumiany region Kijowa. Nie oznacza to konieczności rozmieszczenia kilku tysięcy polskich żołnierzy bezpośrednio w centrum stolicy. Chodzi o trwałą obecność wojskową w rejonie politycznego i administracyjnego centrum Ukrainy. Taki kontyngent mógłby liczyć około 3-4 tys. żołnierzy. Znaczenie tej obecności byłoby przede wszystkim polityczne i odstraszające. Ewentualny rosyjski atak na Kijów nie oznaczałby wówczas wyłącznie ponownego rozpoczęcia wojny z Ukrainą. Od pierwszego dnia tworzyłby również ryzyko śmierci polskich, brytyjskich, francuskich czy innych żołnierzy. Nie byłby to oczywiście odpowiednik artykułu 5 NATO, ponieważ Ukraina nie jest członkiem Sojuszu. Mechanizm psychologiczny byłby jednak podobny do wysuniętej obecności wojsk NATO na wschodniej flance. Potencjalny agresor wiedziałby, że rozpoczęcie działań może natychmiast objąć żołnierzy kolejnych państw i wymusić na ich rządach podjęcie decyzji o reakcji.

Kolejnym punktem mogłaby być Winnica lub szerzej zachodnio-centralna Ukraina. Taki ośrodek posiadałby mniejsze znaczenie symboliczne, ale duże znaczenie logistyczne. Znajdowałby się pomiędzy głównym zapleczem zachodnim a Kijowem i południem kraju. Mógłby stanowić dodatkowe centrum szkoleniowe, remontowe i transportowe. Dzięki temu cały polski system obecności nie byłby zależny od jednego miejsca. Ostatnim interesującym kierunkiem jest Odessa. Obecność około 2-3 tys. polskich żołnierzy w południowej części Ukrainy miałaby zupełnie inne znaczenie niż obecność we Lwowie. Odessa jest jednym z najważniejszych gospodarczych okien Ukrainy na świat. Dostęp do Morza Czarnego, handel morski i funkcjonowanie portów posiadają fundamentalne znaczenie dla powojennej odbudowy ukraińskiej gospodarki. Polska uczestnicząca w zabezpieczeniu również tego obszaru rozszerzałaby swoją rolę z państwa Europy Środkowo-Wschodniej do jednego z filarów współpracy na osi Bałtyk-Morze Czarne.

Wojska jako instrument polskiego wpływu

Dochodzimy tutaj do kwestii, która może wzbudzać największe kontrowersje, jednak z punktu widzenia realizmu politycznego nie powinna być pomijana. Państwa nie wydają miliardów na utrzymywanie wojsk poza własnymi granicami wyłącznie z altruizmu. Jeżeli Polska bierze na siebie koszt utrzymania kilkunastu tysięcy żołnierzy na Ukrainie i w ten sposób zwiększa bezpieczeństwo tego państwa, powinna oczekiwać również zwiększenia własnej pozycji politycznej. Wcześniej wskazałem przykład wojsk amerykańskich w Polsce. Polska zabiega o ich obecność, ponieważ zwiększa ona koszt potencjalnego ataku Rosji i wzmacnia prawdopodobieństwo bezpośredniego zaangażowania USA w naszą obronę. Jednocześnie świadomość znaczenia amerykańskiego gwaranta wpływa na sposób, w jaki Warszawa prowadzi swoją politykę wobec Waszyngtonu. Polska przez lata była gotowa ponosić koszty polityczne, finansowe i wojskowe, aby budować pozycję szczególnie wartościowego sojusznika Stanów Zjednoczonych.

Podobny mechanizm, oczywiście przy zachowaniu zupełnie innych proporcji potencjału obu państw, działałby w stosunkach polsko-ukraińskich. Jeżeli bezpieczeństwo Ukrainy po zakończeniu wojny zależałoby między innymi od 15 tys. polskich żołnierzy, polskiej logistyki, magazynów, szlaków kolejowych, remontów sprzętu i współpracy przemysłów zbrojeniowych, głos Warszawy musiałby być w Kijowie traktowany z większą uwagą niż obecnie. Nie chodzi o to, aby polski ambasador wydawał ukraińskiemu rządowi polecenia albo żeby Warszawa decydowała o składzie ukraińskiego gabinetu. Takie postępowanie byłoby zarówno nierealne, jak i przeciwskuteczne. Istotą wpływu jest coś znacznie subtelniejszego. Ukraińscy decydenci, podejmując decyzje dotyczące relacji z Polską, wiedzieliby, że utrzymanie dobrych stosunków z Warszawą posiada dla bezpieczeństwa ich państwa wymierną wartość.

Tak działa asymetryczna zależność sojusznicza. Jeżeli jednemu państwu bardziej zależy na utrzymaniu konkretnego elementu współpracy niż drugiemu, państwo mniej zależne otrzymuje dodatkową siłę negocjacyjną. W przypadku Polski i USA to Warszawa bardziej obawia się ograniczenia amerykańskiego zaangażowania. W proponowanym przeze mnie modelu Polska powinna doprowadzić do sytuacji, w której ograniczenie polskiego zaangażowania w bezpieczeństwo Ukrainy byłoby również poważnym problemem dla Kijowa. Im większą część całego systemu stanowiłaby Polska, tym większe byłoby znaczenie tej zależności.

Najkorzystniejszym dla nas scenariuszem byłaby sytuacja, w której żadne inne państwo zachodnie nie zaangażowałoby się w podobnej skali. Wątpię jednak, aby dojrzała myśl strategiczna tych państw pozwoliła im zrezygnować z tak lukratywnej okazji do rozszerzenia własnych wpływów. Tego rodzaju dojrzałości często brakuje w myśleniu polskich sił politycznych. Co ciekawe, Machiavelli opisuje właściwie oba końce takiej relacji. Z jednej strony wskazuje, że wsparcie słabszego może uczynić go zależnym od silniejszego partnera. Z drugiej ostrzega właśnie słabsze państwo przed sytuacją, w której jego bezpieczeństwo zaczyna zależeć od mocniejszego sojusznika:

„Ale nawet w drugim z pomienionych wypadków, mianowicie jeśli walczące potęgi są tego rodzaju, iż zwycięzcy nie mamy się czego obawiać, nawet, mówię, w takim wypadku, rozsądek polityczny żąda po nas czynnego udziału; albowiem stronę, którą przy naszej neutralności zwyciężono, możemy poratować, a ta strona, jeśli zwycięży, zostanie na naszej łasce; zwyciężyć zaś musi, skoro jej tylko pomoc damy. Na tym miejscu robię uwagę, że książęta, wyjąwszy wypadek koniecznej potrzeby, powinni się wystrzegać takich sojuszów, gdzie słabszy łączy się z silniejszym, bo jeśli silniejszy zwycięży, słabszy zostaje na jego łasce, a właśnie tego powinni książęta najmocniej unikać, aby nie być na cudzej łasce.” – Niccolò Machiavelli, „Książę”.

Z punktu widzenia Ukrainy jest to więc ostrzeżenie przed zbyt głębokim uzależnieniem bezpieczeństwa od jednego gwaranta. Kijów racjonalnie powinien dążyć do dywersyfikacji i opierać swój system bezpieczeństwa równocześnie na Polsce, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i innych państwach. Interes Polski jest jednak częściowo odwrotny. Warszawa powinna dążyć do tego, aby jej udział był możliwie trudny do zastąpienia i aby utrata polskiego komponentu rzeczywiście pogarszała sytuację strategiczną Ukrainy.

Jeżeli posiadamy na Ukrainie dwa tysiące ludzi spośród 50 tys. żołnierzy zachodnich, Kijów może zakładać, że nawet poważny kryzys polityczny z Warszawą nie zmieni jego sytuacji strategicznej. Jeżeli posiadamy 15 tys. spośród 40 tys., a dodatkowo znaczna część logistyki całej misji przebiega przez nasze terytorium, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Nie chodzi o regularne grożenie Ukrainie wycofaniem wojsk. Częste używanie takiego argumentu obniżałoby jego wartość, niszczyło wiarygodność całej misji i zachęcało Kijów do jak najszybszego znalezienia alternatywy dla Polski. Dodatkowo często rzucane słowa bez pokrycia szybko tracą na znaczeniu. Ważne jest również to, co nie zostaje wypowiedziane. Najskuteczniejsza dźwignia polityczna bardzo często nie musi być bezpośrednio używana. Wystarczy świadomość jej istnienia.

Podobnie Polska nie musi codziennie otrzymywać z Waszyngtonu komunikatu, że brak zgody w konkretnej sprawie spowoduje wycofanie wojsk amerykańskich. Sama świadomość znaczenia Stanów Zjednoczonych dla naszego bezpieczeństwa powoduje, że każda poważna polska administracja uwzględnia stanowisko Waszyngtonu w swoich kalkulacjach. Na podobnej zasadzie Warszawa powinna dążyć do uzyskania odpowiedniej pozycji wobec państw znajdujących się w naszym bezpośrednim otoczeniu.

Polska jako państwo ramowe

Polska powinna zabiegać o rolę państwa ramowego jednego z głównych komponentów przyszłej misji. Mogłoby to oznaczać dominującą pozycję w logistyce oraz znaczący udział w dowodzeniu siłami lądowymi, przy jednoczesnym pozostawieniu Wielkiej Brytanii, Francji czy Stanom Zjednoczonym części kompetencji, w których posiadają większe możliwości. Obecne plany MNF-U zakładają wielonarodową strukturę dowodzenia. W lipcu 2026 roku dowodzenie przygotowywaną misją objął brytyjski generał, a główne wielonarodowe struktury operacyjne działają w Paryżu. Jeżeli przyszły system miałby rzeczywiście powstać, Polska powinna dążyć do uzyskania trwałego miejsca w jego strukturze wojskowej.

Nasze elity wydają się jednak nie być tym szczególnie zainteresowane. Pozostaje pytanie, czy wynika to z ich własnej słabości strategicznej, czy także z postawy społeczeństwa, które zbyt często poddaje się prymitywnym emocjom i nienawiści, zamiast myśleć o budowaniu polskiej potęgi i mocarstwowości. Samo udostępnienie terytorium, infrastruktury i logistyki czyniłoby Polskę państwem potrzebnym. Dopiero połączenie tych zasobów z istotnym własnym komponentem wojskowym czyniłoby ją jednym z podmiotów rzeczywiście kształtujących cały system. Machiavelli, opisując wzrost znaczenia Cezara Borgii, zauważał:

„Na czele francuskich wojsk pomocniczych wtargnął do Romanii i zajął Imolę i Forli, a nie znajdując w tym wojsku dość pewności, sądził, że najemnicy będą bezpieczniejsi; wziął przeto na żołd Orsinich i Vitellich. Lecz skoro ci w następnych potrzebach swoją dwuznaczność, niewierność i niepewność okazali, rozpuścił ich także i do własnych wrócił się ludzi. Różnicę między powyższymi wojskami łatwo pojąć, skoro się zauważy znaczenie, jakie wówczas książę miał, gdy utrzymywał Orsinich i Vitellich, a wtedy, gdy własne posiadał wojsko. Dopiero wtenczas zjednał sobie ogólny szacunek, kiedy powszechnie było wiadomo, że kompletnie panuje nad swoją armią.” – Niccolò Machiavelli, „Książę”.

Oczywiście Cezar Borgia funkcjonował w zupełnie innych realiach politycznych niż współczesne państwa NATO. Sama zasada pozostaje jednak interesująca. Państwo, które jedynie udostępnia swoje terytorium i zasoby cudzym siłom, posiada mniejszą sprawczość niż państwo, które dysponuje własną znaczącą siłą wojskową. Polska może być niezbędnym zapleczem całej operacji na Ukrainie, ale dopiero połączenie tej przewagi logistycznej z własnym dużym kontyngentem i udziałem w dowodzeniu dawałoby Warszawie pozycję jednego z rzeczywistych współtwórców całego systemu bezpieczeństwa.

Można sobie wyobrazić model, w którym Lwów jest przede wszystkim polskim hubem, ale znajdują się tam także żołnierze Czech, państw bałtyckich czy skandynawskich. Pod Kijowem stacjonują wspólnie Polacy, Francuzi i Brytyjczycy. W południowej Ukrainie Polacy współpracują z Rumunami i innymi państwami regionu. Polska pozostaje obecna w każdym z najważniejszych elementów systemu, ale żaden z nich nie jest wyłącznie polski. Takie rozwiązanie posiada dodatkową wartość odstraszającą. Rosja nie mogłaby wybrać jednego „polskiego sektora” i próbować wejść w konflikt wyłącznie z Warszawą. Atak na jeden z głównych ośrodków oznaczałby jednoczesne zagrożenie dla żołnierzy kilku państw NATO.

Właśnie w tym miejscu należy zwrócić uwagę na to, czym właściwie byłby sukces takiej misji. Jej celem nie powinno być stworzenie sił zdolnych do wygrania kolejnej wielkiej wojny z Rosją dopiero po jej rozpoczęciu. Znacznie większym sukcesem byłoby stworzenie takiego układu sił, który sprawiłby, że do kolejnej wojny w ogóle by nie doszło. Sun Tzu ujmował tę zasadę następująco:

„Ogólnie rzecz biorąc najlepszą polityką wojny jest zachowanie bez szwanku stanu swojego i wroga; niszczenie jest przeciwne tej zasadzie. […] Lepiej jest wziąć armię wroga do niewoli niż ją zniszczyć; zachować w całości batalion, kompanię czy nawet pięciu żołnierzy wroga jest lepszą rzeczą niż ich zgładzić. Osiągnąć sto zwycięstw w stu bitwach nie jest szczytem osiągnięć. Najwyższym osiągnięciem jest pokonać wroga bez walki. Dlatego sprawą najwyższej wagi w wojnie jest rozbicie strategii wroga.” – Sun Tzu, „Sztuka wojny”.

Największym sukcesem polskiego kontyngentu na Ukrainie nie byłaby więc żadna wygrana przez niego bitwa. Byłaby nim sytuacja, w której przez następne dwadzieścia czy trzydzieści lat nie musiałby stoczyć żadnej. Jeżeli sama obecność wojsk polskich, francuskich, brytyjskich i innych państw zwiększałaby koszt rosyjskiej agresji do poziomu, przy którym Moskwa uznałaby jej wznowienie za nieopłacalne, misja osiągałaby swój podstawowy cel bez oddania jednego strzału.

Najbardziej oczywistą korzyścią całego rozwiązania jest jednak zwiększenie głębi strategicznej Polski. W naszym interesie leży, aby potencjalna kolejna próba rosyjskiego marszu na zachód została zatrzymana możliwie daleko od Bugu, a nie na terytorium Rzeczypospolitej. Jest to brutalna logika geografii, ale państwo nie może jej ignorować. Wojna prowadzona na własnym terytorium oznacza śmierć własnych obywateli, zniszczenie własnych miast, elektrowni, mostów, fabryk, dróg i linii kolejowych. Nawet zwycięstwo może oznaczać wieloletnią odbudowę. Dlatego jeżeli można stworzyć system odstraszania, który zwiększa prawdopodobieństwo zatrzymania przeciwnika kilkaset kilometrów dalej od naszego terytorium, należy przynajmniej poważnie rozważyć jego stworzenie.

Jeżeli przyszła linia rozgraniczenia znajdowałaby się na wschodzie Ukrainy, polskie wojska w jej zachodniej i centralnej części oraz bardzo duża armia ukraińska tworzyłyby przed Polską dodatkową przestrzeń obronną. Rosja, aby ponownie zbliżyć się do polskiej granicy, musiałaby najpierw pokonać Ukrainę oraz liczyć się z ryzykiem zaangażowania państw europejskich. Z punktu widzenia Warszawy jest to nieporównywalnie lepsza sytuacja niż oczekiwanie, aż ewentualna kolejna wojna dotrze bezpośrednio na terytorium NATO.

Osobiście mam już dość ciągłego rujnowania polskiego dorobku i śmierci polskiego społeczeństwa w kolejnych potencjalnych wojnach. Jeżeli inne państwo może przejąć główny ciężar takiego konfliktu, a Polska może dzięki temu zwiększyć własne bezpieczeństwo, będzie to z korzyścią dla narodu polskiego. Praktycznie sto lat po Józefie Piłsudskim mamy okazję do rzeczywistego urzeczywistnienia jego wizji bezpieczeństwa na wschodzie, tym razem z dominującą rolą Polski. Doktryna Giedroycia wymaga natomiast przynajmniej aktualizacji.

Pomiędzy Piłsudskim a późniejszą doktryną Giedroycia warto umieścić jeszcze Adolfa Bocheńskiego, jednego z najciekawszych przedstawicieli polskiej myśli mocarstwowej okresu międzywojennego. Bocheński nie był endekiem. Reprezentował raczej konserwatywną, państwową i mocarstwową szkołę myślenia, a za najważniejsze zagrożenie dla Polski uważał Związek Radziecki. Szansy na jego osłabienie upatrywał między innymi w usamodzielnieniu narodów znajdujących się pod rosyjskim panowaniem, przede wszystkim Ukrainy. W „Między Niemcami a Rosją”, gdzie próbował realistycznie zdefiniować położenie Polski pomiędzy dwoma silniejszymi sąsiadami, wychodził z założenia, że pozycja państwa nie zależy wyłącznie od jego bezwzględnego potencjału, ale również od stosunku jego siły do siły państw sąsiednich. Jak pisał: „siła państwa jest w dużej mierze odwrotnie proporcjonalna do siły jego sąsiadów”. Z tej perspektywy osłabienie Związku Radzieckiego poprzez usamodzielnienie narodów znajdujących się pod władzą Moskwy nie było dla niego aktem altruizmu wobec tych narodów, ale instrumentem wzmacniania bezpieczeństwa Polski.

„Siła państwa jest w dużej mierze odwrotnie proporcjonalna do siły jego sąsiadów. Zasada ta oczywiście nie może być przyjęta bez zastrzeżeń. Niemniej jednak w generalnych liniach jest prawdziwa. Wobec niemożliwości znacznego wzmocnienia państwa polskiego […] drogą nabytków terytorialnych, jedyna droga do przywrócenia […] równowagi sił, to rozkład wewnętrzny jednego lub kilku naszych sąsiadów i podział ich na parę państw nawzajem się zwalczających.” – Adolf Bocheński, „Między Niemcami a Rosją”.

Jeszcze ważniejsze było przekonanie Bocheńskiego, że Polska nie powinna być wyłącznie biernym obserwatorem zmian zachodzących w jej otoczeniu. Jeżeli na Wschodzie powstawałaby nowa konfiguracja polityczna, Warszawa powinna wejść w nią przygotowana i wykorzystać zmianę układu sił do zwiększenia własnej pozycji. Właśnie ten element jego myślenia jest szczególnie bliski koncepcji przedstawianej w tym tekście. Nie wystarczy cieszyć się z osłabienia wpływów rosyjskich na Ukrainie. Trzeba jeszcze posiadać instrumenty pozwalające Polsce zagospodarować przynajmniej część przestrzeni politycznej i strategicznej, która po tych wpływach pozostanie.

Ten sposób myślenia jest szczególnie użyteczny w kontekście Ukrainy. Jeżeli potencjał Polski nie może zostać gwałtownie zwiększony poprzez ekspansję terytorialną, jej relatywna pozycja może rosnąć również wtedy, gdy słabnie potencjał najważniejszego przeciwnika. Oderwanie Ukrainy od rosyjskiej przestrzeni strategicznej oznacza trwałe zmniejszenie rosyjskich zasobów ludnościowych, gospodarczych, militarnych i geograficznych. Z punktu widzenia Warszawy jest to element zwiększania względnej siły Rzeczypospolitej.

Doktryna Giedroycia wymaga aktualizacji

W tym miejscu dochodzimy do jednej z najważniejszych koncepcji, która po 1989 roku ukształtowała polskie myślenie o polityce wschodniej. Doktryna Giedroycia, a właściwie myśl rozwijana wspólnie przez Jerzego Giedroycia (redaktora naczelnego „Buntu Młodych”, które gorąco polecam) i Juliusza Mieroszewskiego, była w swoich czasach koncepcją solidną i realistyczną. Zakładała ostateczną rezygnację z polskiego rewizjonizmu terytorialnego na Wschodzie, zaakceptowanie utraty Wilna i Lwowa, przy ogromnym, ale koniecznym bólu narodu polskiego, oraz wspieranie prawa Ukraińców, Litwinów i Białorusinów do posiadania własnych, niezależnych państw. Za tą koncepcją stała konkretna kalkulacja geopolityczna. Mieroszewski zauważał, że obszar Ukrainy, Litwy i Białorusi, określany skrótem ULB, od stuleci determinował stosunki polsko-rosyjskie. Jeżeli kontrolowała go Rosja, jej potęga przesuwała się na zachód, a Polska znajdowała się w znacznie trudniejszym położeniu. Jeżeli natomiast narody tego obszaru posiadały własne państwa, pomiędzy Polską a Rosją powstawała przestrzeń ograniczająca rosyjską możliwość dominacji nad Europą Środkowo-Wschodnią.

Podstawowa obserwacja Giedroycia i Mieroszewskiego pozostaje trafna także dzisiaj. Niepodległa Ukraina jest dla bezpieczeństwa Polski znacznie korzystniejsza niż Ukraina podporządkowana Moskwie. To samo dotyczy Białorusi. Litwa natomiast została już praktycznie całkowicie wyciągnięta z rosyjskiej przestrzeni politycznej poprzez członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. Pod tym względem wydarzenia po 2022 roku stanowią potwierdzenie podstawowych założeń koncepcji ULB. Rosyjska armia znajduje się setki kilometrów od głównych polskich ośrodków gospodarczych między innymi dlatego, że pomiędzy nami a Rosją istnieje państwo ukraińskie zdolne do wystawienia setek tysięcy żołnierzy. Problem polega na tym, że doktryna Giedroycia w dużej mierze padła ofiarą własnego sukcesu.

Została stworzona jako odpowiedź na problemy Polski i Europy Wschodniej zupełnie inne od tych, przed którymi stoimy obecnie. Giedroyc myślał o Polsce, która nie była suwerenna i znajdowała się w sowieckiej strefie wpływów, podczas gdy Ukraina, Litwa i Białoruś wchodziły w skład Związku Radzieckiego. Ogromna część polskiej emigracji nadal traktowała przedwojenne granice jako punkt odniesienia i nie chciała pogodzić się z utratą Wilna oraz Lwowa. Z dzisiejszej perspektywy można to zrozumieć, dla ówczesnych Polaków było to czymś porównywalnym do sytuacji, w której obecnie stracilibyśmy Lublin albo Kraków. W takich warunkach najważniejszym zadaniem było przekonanie Polaków, że odbudowa niepodległej Polski nie powinna oznaczać próby odbudowy granic sprzed 1939 roku i ponownego konfliktu z narodami znajdującymi się między nami a Rosją. Ten problem został rozwiązany.

Nie istnieje dzisiaj poważna polska siła polityczna, która przygotowywałaby odbicie Lwowa albo Wilna. Polska uznała wszystkie swoje wschodnie granice. Litwa jest naszym sojusznikiem w NATO i partnerem w Unii Europejskiej. Ukraina istnieje jako niezależne państwo, a jej niepodległość nie jest przez Warszawę kwestionowana. Nawet największe spory polsko-ukraińskie dotyczą dzisiaj historii, rolnictwa, transportu, interesów gospodarczych czy sposobu prowadzenia polityki, a nie tego, do którego państwa powinien należeć Lwów. Nie oznacza to oczywiście, że Polska powinna ponownie otwierać kwestie graniczne. Wręcz przeciwnie. Rezygnacja z rewizjonizmu terytorialnego jest jednym z największych osiągnięć polskiej polityki wschodniej i nie ma żadnego racjonalnego powodu, aby ją podważać. Zwłaszcza przy obecnej strukturze ludnościowej tych ziem. Jednak instrument skonstruowany do rozwiązania problemu istniejącego kilkadziesiąt lat temu nie powinien być bezrefleksyjnie traktowany jako kompletna instrukcja prowadzenia polskiej polityki w XXI wieku.

Z niepodległości Ukrainy zrobiliśmy cel sam w sobie

Największym problemem współczesnego sposobu interpretowania Giedroycia jest według mnie pomieszanie celu ze środkiem. Niepodległa Ukraina jest ważna dla Polski, ale jej niepodległość nie powinna być celem polskiej polityki zagranicznej samym w sobie. Jest ona przede wszystkim jednym ze środków zabezpieczających polski interes narodowy. To subtelna, ale fundamentalna różnica.

Polska nie powinna wspierać niepodległości Ukrainy dlatego, że posiada wobec Ukraińców jakiś wieczny moralny obowiązek. Powinniśmy ją wspierać, ponieważ Ukraina znajdująca się poza kontrolą Moskwy ogranicza rosyjski potencjał, odsuwa rosyjskie wojska od naszej granicy i utrudnia odbudowę rosyjskiej dominacji w Europie Środkowo-Wschodniej. Jeżeli spojrzymy na sprawę właśnie w taki sposób, poparcie dla niepodległości Ukrainy nie stoi w żadnej sprzeczności z prowadzeniem twardej polityki wobec Kijowa w tych sprawach, w których nasze interesy się rozchodzą.

W części polskiej debaty politycznej doszło jednak do dalszego uproszczenia tej doktryny. Skoro niepodległa Ukraina jest korzystna dla Polski, zaczęto niekiedy przyjmować, że wszystko, co wzmacnia Ukrainę, automatycznie wzmacnia również Polskę albo że wszystko, co jest wymierzone w interesy Ukrainy, stanowi prezent dla Rosji. Nie jest to prawda. Państwa mogą posiadać jednocześnie interesy wspólne i sprzeczne. Polska i Ukraina posiadają fundamentalnie wspólny interes w ograniczeniu rosyjskiej dominacji w regionie. Mogą jednak równocześnie konkurować o inwestycje, szlaki transportowe, produkcję rolną, znaczenie polityczne w Europie Środkowo-Wschodniej, kontrakty zbrojeniowe czy wpływ na politykę Unii Europejskiej. Do tego dochodzą kwestie historyczne, w tym między innymi sprawa ekshumacji.

Nie ma w tym niczego niezwykłego. Dokładnie w taki sam sposób współpracują i konkurują między sobą Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone. Niepodległość państwa nie oznacza przecież jego niezależności od wpływów innych państw. Polska jest niepodległa, ale znajduje się pod znacznym wpływem Stanów Zjednoczonych w kwestiach bezpieczeństwa i Niemiec w kwestiach gospodarczych. Ukraina po zakończeniu wojny również stanie się przedmiotem rywalizacji o wpływy. Ze względu na swoją słabość gospodarczą i instytucjonalną rywalizacji prawdopodobnie bardzo intensywnej. Pytanie nie brzmi więc, czy ktoś będzie próbował oddziaływać na Kijów. Pytanie brzmi, kto będzie robił to najskuteczniej.

Jeżeli nie Polska, zrobi to ktoś inny

To właśnie w tym punkcie współczesna wersja doktryny Giedroycia zaczyna być dla Polski niewystarczająca. Samo stwierdzenie, że chcemy Ukrainy niezależnej od Rosji, nie odpowiada na pytanie o kształt systemu politycznego powstającego po wycofaniu rosyjskich wpływów. Jeżeli Moskwa traci część swoich wpływów na Ukrainie, powstała przestrzeń nie pozostanie pusta. Będą starali się ją zagospodarować Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi, Niemcy, Turcy i inne państwa. Będą inwestowali pieniądze, uzależniali od siebie poszczególne sektory gospodarki, współpracowali z ukraińskim przemysłem zbrojeniowym, szkolili ukraińskich żołnierzy, budowali kontakty polityczne i wspierali środowiska przychylne swoim interesom. Nie wynika to z żadnej szczególnej perfidii tych państw. Na tym po prostu polega polityka międzynarodowa.

Problem ten można również rozpatrywać przez pryzmat myślenia Henrego Kissingera o równowadze sił. Dla amerykańskiego dyplomaty trwały porządek międzynarodowy nie jest zanimiem rywalizacji pomiędzy państwami. Jego podstawą było stworzenie takiej równowagi, w której żaden z najważniejszych uczestników systemu nie posiada możliwości bezkarnego narzucenia swojej dominacji pozostałym. Również dyplomacja nie funkcjonuje w politycznej próżni. Jej skuteczność zależy od siły, posiadanych instrumentów wpływu oraz bilansu korzyści i ryzyk, który państwo może przedstawić swoim partnerom. Z tej perspektywy ograniczenie rosyjskich wpływów na Ukrainie nie stanowi końca procesu. Oznacza jedynie zmianę dotychczasowej równowagi i rozpoczęcie budowy nowej. Jeżeli Polska nie będzie dysponowała instrumentami pozwalającymi aktywnie uczestniczyć w jej kształtowaniu, nie powstanie żadna neutralna przestrzeń wolna od wpływów mocarstw. Nową równowagę zbudują po prostu inni.

W tym miejscu warto odwołać się do Romana Dmowskiego, przywódcy Narodowej Demokracji, jednego z głównych twórców nowoczesnej polskiej myśli narodowej i zarazem jednego z najważniejszych polskich polityków pierwszej połowy XX wieku. Jego stosunek do ukraińskiej państwowości był zdecydowanie bardziej sceptyczny niż prezentowany w tym tekście. Dmowski doskonale rozumiał jednak znaczenie ziem ukraińskich dla potencjału Rosji, a równocześnie obawiał się, że ich oderwanie od Moskwy może oznaczać przejęcie Ukrainy przez inne mocarstwo, w jego epoce przede wszystkim Niemcy.

„Niepodległa Ukraina zapowiadała się jako gospodarcza i polityczna filia Niemiec. Natomiast Rosja bez Ukrainy, pozbawiona jej zboża, jej węgla i żelaza pozostałaby państwem wielkim terytorialnie, ale niesłychanie słabym gospodarczo, nie mającym żadnych widoków na gospodarczą samodzielność, skazanym na wieczną zależność od Niemiec. Odcięta zaś od Morza Czarnego i od Bałkanów, przestałaby wchodzić w rachubę w sprawach Turcji i państw bałkańskich. Teren ten pozostałby całkowicie domeną Niemiec i ich pomocnicy, monarchii habsburskiej. Z punktu widzenia celów polityki niemieckiej względem Rosji największym niewątpliwie dziełem tej polityki byłaby wielka Ukraina.– Roman Dmowski, „Kwestia ukraińska”.

Dmowski trafnie dostrzegał więc dwa elementy problemu, które pozostają istotne również dzisiaj. Po pierwsze, Ukraina posiada ogromne znaczenie dla potencjału rosyjskiego, a jej trwałe wyjście spod kontroli Moskwy oznacza relatywne osłabienie Rosji. Po drugie, osłabienie rosyjskich wpływów nie powoduje powstania geopolitycznej próżni. Dmowski obawiał się przede wszystkim, że miejsce Rosji zajmą Niemcy. W XXI wieku lista potencjalnych graczy jest znacznie dłuższa.

W tym punkcie wyciągam jednak z jego diagnozy inny wniosek. Problemem nie jest samo istnienie niepodległej Ukrainy. Problemem z perspektywy Polski byłaby sytuacja, w której Ukraina wychodzi z rosyjskiej orbity tylko po to, aby znaleźć się przede wszystkim w orbicie innego mocarstwa, podczas gdy Polska pozostaje biernym obserwatorem. Jeżeli rosyjskie wpływy na Ukrainie zostają ograniczone, Warszawa powinna aktywnie uczestniczyć w rywalizacji o powstającą przestrzeń polityczną, gospodarczą i wojskową.

Jeszcze inny wariant takiej kalkulacji reprezentował Władysław Studnicki, publicysta i jeden z najbardziej konsekwentnych polskich geopolityków pierwszej połowy XX wieku. Dla niego kwestia ukraińska była przede wszystkim jednym z elementów przebudowy układu sił między Polską a Rosją. Studnicki dopuszczał powstanie państwa ukraińskiego jako element osłabienia Rosji i tworzenia nowego systemu Europy Środkowo-Wschodniej. Za najważniejsze zagrożenie dla Polski uważał Rosję, niezależnie od tego, czy była ona państwem carskim, czy bolszewickim. Dlatego przyszłość Polski wiązał z takim przebudowaniem Europy Środkowo-Wschodniej, które uniemożliwiałoby trwałe porozumienie niemiecko-rosyjskie. W 1939 roku, rozważając możliwość oderwania Ukrainy Sowieckiej od ZSRR i stworzenia państwa ukraińskiego związanego z Polską i Niemcami, pisał:

„Polska sprzymierzona z Niemcami przeciwko Rosji dla jej przepołowienia przez odbiór i emancypację Ukrainy oraz przez odcięcie Kaukazu z jego naftą i manganowym żelazem posiada znaczenie dla Niemiec większe, niż wszelkie inne państwa środkowej i wschodniej Europy. Sprawa ukraińska, tworzenie samodzielnej Ukrainy, może być rozwiązana z Polską lub przeciwko Polsce. Tworzona przeciwko Polsce pozbawić nas może wschodniej Małopolski i Wołynia, stworzona z Polską dostarczy terenów kolonizacyjnych dla Ukraińców w Polsce, a przez to zabezpieczy na zawsze nasze posiadanie wschodniej Małopolski i Wołynia.” – Władysław Studnicki, „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”.

Najbardziej interesujące z perspektywy współczesnej jest jpostawiony przez Studnickiego problem, że nie wystarczy, aby Ukraina została oddzielona od Rosji. Równie istotne jest to, jaki stosunek będzie następnie łączył ją z Polską. Można więc odrzucić odpowiedź Studnickiego, zachowując jego pytanie. Ukraina znajdująca się poza rosyjską orbitą może wzmacniać bezpieczeństwo Polski, ale stopień, w jakim Warszawa skorzysta na tej zmianie, zależy również od tego, czy sama zbuduje na Ukrainie silną pozycję, czy pozostawi tę przestrzeń innym mocarstwom. Jeżeli Polska z powodów moralnych albo z powodu źle zrozumianej doktryny Giedroycia sama zrezygnuje z budowania własnych wpływów, nie spowoduje w ten sposób, że Ukraina stanie się całkowicie wolna od zewnętrznego oddziaływania. Czy stanie się nam tak wdzięczna za nasz altruizm, że sama z wdzięczności i przyzwoitości zrobi wszystko, o co ją ładnie poprosimy, jak naiwnie zakładała duża część Polaków, nie tylko polityków, w latach 2022-2023? Oczywiście, że nie. Spowodujemy jedynie, że nasze miejsce zajmą inni.

Możemy więc za dwadzieścia lat obudzić się w sytuacji, w której Ukraina pozostaje niezależna od Rosji, ale jej armia jest silnie związana z Francją i Wielką Brytanią, odbudowa gospodarcza odbywa się przede wszystkim przy udziale niemieckiego kapitału, najważniejsze kontrakty infrastrukturalne przejmują przedsiębiorstwa zachodnie, a Polska nadal pełni rolę państwa tranzytowego, przez które przejeżdżają towary i wojska bardziej ambitnych graczy. Formalnie realizowalibyśmy wówczas podstawowy postulat Giedroycia, czyli Ukraina pozostawałaby niezależna od Moskwy. Geopolitycznie zmarnowalibyśmy natomiast jedną z największych okazji do rozszerzenia polskiego znaczenia od czasu rozpadu Związku Radzieckiego. Ponownie zdusilibyśmy możliwość urzeczywistnienia koncepcji naszego marszałka. Kiedyś brakowało nam zasobów i siły do jej pełnej realizacji. Dzisiaj brakuje nam przede wszystkim rozumu i sprawczości.

W tym miejscu należy odejść od Giedroycia

Trzeba jednak powiedzieć uczciwie, że prezentowana przeze mnie koncepcja nie jest jedynie mechanicznym rozwinięciem myśli Giedroycia i Mieroszewskiego. W jednym istotnym punkcie świadomie od niej odchodzi. Mieroszewski jednoznacznie odrzucał zarówno imperializm rosyjski, jak i możliwość odbudowania polskiej dominacji nad narodami ULB. Pisał, że Polacy powinni zrezygnować nie tylko z Wilna i Lwowa, ale również z polityki zmierzającej do ustanowienia polskiej przewagi na Wschodzie kosztem Ukraińców, Litwinów czy Białorusinów. W warunkach, w których powstawała ta koncepcja, taki postulat był zrozumiały. Polacy musieli przekonać sąsiadów, że niepodległa Polska nie oznacza próby podporządkowania tych narodów. Bez tego trudno byłoby stworzyć jakiekolwiek trwałe porozumienie polsko-ukraińskie czy polsko-litewskie.

Warto przy tym zauważyć, że zupełnie innej odpowiedzi na problem polsko-ukraiński próbowała udzielić część polskiego obozu narodowego. Interesującym przykładem jest Adam Doboszyński i jego koncepcja „Wielkiego Narodu”. Doboszyński próbował pogodzić polski i ukraiński nacjonalizm poprzez stworzenie znacznie głębszej wspólnoty politycznej obejmującej oba narody. Nie była to jednak koncepcja niepodległej Ukrainy w dzisiejszym rozumieniu. Doboszyński traktował okres pełnej ukraińskiej niezależności jako przejściowy i zmierzał do trwałego zespolenia obu przestrzeni. W tym punkcie jego koncepcja jest nie do pogodzenia zarówno ze współczesnymi realiami, jak i z założeniem tego artykułu o trwałym istnieniu suwerennego państwa ukraińskiego.

„Utrzymać mogłaby się niepodległa Ukraina tylko przy naszej pomocy. Ale pomoc ta powinna by być tak wydatna, że na dłuższą metę przekroczyć musi możliwości małej Rzeczpospolitej w granicach 1918/39. Widoki walki polsko-ukraińskiej przeciw Rosji byłyby równe, gdyby Ukraina związana była z nami w sposób ścisły, umożliwiający pełne współdziałanie sił obu krajów, oraz gdybyśmy mieli możność wpływania na organizację wojskową i na politykę zagraniczną Ukrainy. Czy takie współdziałanie będzie możliwe z młodym państwem, skrajnie nacjonalistycznym, zazdrosnym o swą niezależność, w którym rosyjskie i niemieckie wpływy i pieniądze będą stale wytwarzały nastroje antypolskie i sabotowały współpracę polsko-ukraińską? Nie wierzę by w takich warunkach Polska potrafiła, nawet wytężając wszystkie siły, obronić niepodległość Ukrainy.– Adam Doboszyński, „Wielki Naród”.

Interesujące pozostaje jednak samo rozpoznanie problemu. Nawet przedstawiciel polskiej myśli narodowej, bardzo daleki od Giedroycia, dochodził do wniosku, że wieczny konflikt polsko-ukraiński nie jest rozwiązaniem korzystnym dla Polski i że należy znaleźć formę strategicznego związania przestrzeni polskiej i ukraińskiej. Dzisiaj takie związanie nie może oznaczać tworzenia jednego narodu ani likwidacji ukraińskiej państwowości. Może natomiast oznaczać głęboką współzależność w zakresie bezpieczeństwa, infrastruktury, handlu i wojskowości, dzięki której oba państwa pozostają suwerenne, ale Polska uzyskuje trwały wpływ na układ sił na Wschodzie.

Współczesne budowanie wpływu nie musi oznaczać odbierania komuś terytorium czy ustanawiania administracji podległej Warszawie. Wpływy w XXI wieku buduje się poprzez bezpieczeństwo, kapitał oraz sieć politycznych zależności. Niemcy nie muszą anektować Polski, aby posiadać w naszym państwie znaczące wpływy gospodarcze. Stany Zjednoczone nie muszą mianować polskich ministrów, aby Warszawa bardzo poważnie brała pod uwagę stanowisko Waszyngtonu. Francja nie potrzebuje kolonii w Europie Środkowej, aby zabiegać o uzależnienie państw regionu od swojego przemysłu zbrojeniowego czy energetycznego. Polska powinna nauczyć się dokładnie tego samego. Dlatego zamiast odrzucać Giedroycia, należy dokonać jego aktualizacji.

Pierwszy etap polskiej polityki wschodniej można było sprowadzić do prostego zadania: nie dopuścić, aby Ukraina, Litwa i Białoruś pozostawały częścią rosyjskiego imperium. W przypadku Litwy cel został zrealizowany. Wilno znajduje się w NATO i Unii Europejskiej. W przypadku Ukrainy proces nadal trwa, a obecna wojna jest jego najbardziej brutalnym etapem. Białoruś pozostaje natomiast największą porażką całej koncepcji ULB. Państwo formalnie zachowało niepodległość, ale pod względem strategicznym jest niezwykle głęboko związane z Rosją, uczestniczy w rosyjskim systemie bezpieczeństwa, a jego terytorium jest wykorzystywane do działań przeciwko sąsiadom. Jeszcze w 2026 roku Mińsk prowadzi działania hybrydowe przeciwko państwom NATO i pozostaje ważnym elementem rosyjskiej presji wojskowej na region.

Drugi etap powinien być bardziej ambitny. Nie wystarczy już powiedzieć, że Ukraina ma być niepodległa. Polska powinna powiedzieć: Ukraina ma być niepodległa od Rosji, ale jednocześnie możliwie silnie związana strategicznie z Polską i strukturami, w których Polska posiada znaczącą pozycję. Ukraina pozostanie dużym państwem posiadającym własne interesy i zdolność prowadzenia samodzielnej polityki. Nie mamy potencjału Stanów Zjednoczonych ani dawnego Związku Radzieckiego, aby narzucić jej całkowitą zależność, a nawet gdybyśmy go posiadali, koszt takiego rozwiązania byłby nieproporcjonalny do korzyści. Możemy natomiast doprowadzić do sytuacji, w której Polska stanie się dla Ukrainy najważniejszym albo jednym z dwóch-trzech najważniejszych państw w zakresie bezpieczeństwa, logistyki, infrastruktury oraz współpracy wojskowej. Właśnie temu służyłaby opisywana wcześniej obecność polskich żołnierzy.

Giedroyc dla Polski słabej, nowa doktryna dla Polski silniejszej

Doktryna Giedroycia powstawała w czasach, kiedy podstawowym problemem polskiego myślenia politycznego było odzyskanie niepodległości i niedopuszczenie do ponownego konfliktu z sąsiadami. W pierwszych dekadach III Rzeczypospolitej jej ostrożność była również zrozumiała. Polska była państwem znacznie biedniejszym, słabszym militarnie i dopiero zabiegającym o wejście do struktur zachodnich. Dzisiaj znajdujemy się w innym miejscu. Polska jest jednym z największych państw Unii Europejskiej, dysponuje największym potencjałem ludnościowym i gospodarczym wśród państw położonych pomiędzy Niemcami a przestrzenią postsowiecką, gwałtownie zwiększa wydatki wojskowe i posiada położenie geograficzne, które czyni ją kluczowym państwem dla komunikacji między Zachodem a Ukrainą oraz państwami bałtyckimi.

Tymczasem część naszego myślenia strategicznego nadal przypomina politykę państwa, które przede wszystkim boi się, aby nikogo na Wschodzie nie urazić i nie zostać oskarżonym o zbyt duże ambicje. To podejście powinno się skończyć. Nie chodzi o imperializm czy rewizjonizm terytorialnego, lecz powrót do budowania koncepcji mocarstwowej, czyli wykalkulowanej, chłodnej i racjonalnej. Jej zręby powstały już w II RP, ale dzisiaj Polska posiada znacznie większe możliwości jej rozwijania i urzeczywistniania. Powinniśmy w większym stopniu nauczyć się sposobu działania Stanów Zjednoczonych, oczywiście przy nieporównywalnie mniejszej skali naszych zasobów i możliwości. Musimy zaakceptować fakt, który od dawna rozumieją wszystkie poważne państwa jeżeli posiada się możliwość zwiększenia własnych wpływów w strategicznie ważnym otoczeniu, należy z niej korzystać.

Giedroyc sam należał do ludzi, którzy potrafili odrzucić dominujące przekonania własnego środowiska, jeżeli uznawali je za niezgodne z interesem Polski. Jego wielkość polegała właśnie na zdolności dostosowania polskiego myślenia politycznego do nowych realiów. Współczesna Polska powinna postąpić dokładnie tak samo. Giedroyc pomógł polskim elitom zrozumieć, że niepodległa Ukraina jest lepsza dla Polski niż Ukraina rosyjska. Następne pokolenie powinno do tej zasady dopisać drugą: niepodległa Ukraina, w której Polska posiada silne wpływy, jest dla nas korzystniejsza niż niepodległa Ukraina pozostająca przede wszystkim w orbicie wpływów innych mocarstw. To właśnie powinno być jednym z fundamentów nowej polskiej polityki wschodniej.

Taka polityka nie byłaby tania

Oczywiście wysłanie tysięcy żołnierzy nie oznacza wyłącznie kosztu ich utrzymania. Misja wymaga rotacji. Część jednostek znajdowałaby się na Ukrainie, inne przygotowywałyby się do wyjazdu, a kolejne wracałyby z misji i odtwarzały swoją gotowość. Potrzebne byłyby dodatkowe zdolności logistyczne, transportowe, medyczne i remontowe. Nie możemy także udawać, że byłaby to operacja całkowicie bezpieczna. Nawet po formalnym zakończeniu wojny Rosja mogłaby prowadzić działalność dywersyjną, wywiadowczą czy cybernetyczną. Istniałoby ryzyko ataków dronowych, prowokacji i ponownego rozpoczęcia pełnoskalowego konfliktu. W takim przypadku polscy żołnierze rzeczywiście mogliby ginąć.

Dlatego przedstawiona koncepcja ma sens wyłącznie wtedy, kiedy Polska posiada odpowiednio duże siły zbrojne, aby jednocześnie utrzymywać znaczący kontyngent na Ukrainie i zachować pełne zdolności do obrony własnego terytorium. Nie możemy doprowadzić do sytuacji, w której w celu zwiększenia bezpieczeństwa na wschodzie osłabiamy przesmyk suwalski, granicę z Białorusią czy własne rezerwy. Oznaczałoby to konieczność dalszej rozbudowy liczebnej Wojska Polskiego, a przede wszystkim jego zaplecza. Samo kupowanie kolejnych czołgów i wyrzutni nie wystarczy. Potrzebujemy ludzi, amunicji, transportu, zapasów, obrony przeciwlotniczej i rozwiniętego przemysłu zbrojeniowego.

Jednocześnie część wydatków związanych z takim zaangażowaniem można byłoby zamienić w inwestycję we własny potencjał. Jeżeli polskie przedsiębiorstwa uczestniczyłyby w odbudowie ukraińskiego przemysłu obronnego, produkcji amunicji, serwisowaniu uzbrojenia i tworzeniu infrastruktury, obecność wojskowa mogłaby zostać powiązana z rozbudową krajowych zdolności produkcyjnych. Dodatkowo, jak wspominam od samego początku, obecność wojska można wykorzystać również jako instrument subtelnego wpływu na decyzje Kijowa, na przykład w kontekście sporów gospodarczych, koncesji czy ochrony interesów ukraińskich mediów z polskim kapitałem, które powinny działać na Ukrainie już od dekad. Ostatecznie koszt takiej misji mógłby się częściowo zwracać. Niekoniecznie bezpośrednio do budżetu państwa, ale poprzez korzyści dla polskiej gospodarki, przemysłu i pozycji politycznej.

Nie dla Ukrainy, tylko dla Polski

Największym błędem w dyskusji o potencjalnym wysłaniu polskich wojsk na Ukrainę jest moim zdaniem rozpoczynanie jej od pytania, czy Ukraińcy na taką pomoc zasługują. Z perspektywy racji stanu jest to pytanie drugorzędne, a nawet nieistotne lub po prostu głupie. Nie utrzymujemy armii po to, aby nagradzać narody, które lubimy, i karać te, których nie lubimy. Wojsko jest jednym z instrumentów zabezpieczania interesu państwowego. Jeżeli obecność polskich wojsk na Ukrainie zwiększa głębię strategiczną Polski, utrudnia Rosji ponowną ekspansję na zachód, daje nam większy wpływ na politykę bezpieczeństwa Kijowa, wzmacnia naszą pozycję wobec Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, daje naszym żołnierzom doświadczenie oraz utrwala pozycję Polski jako kluczowego węzła całej wschodniej flanki, to należy ją rozpatrywać właśnie w tych kategoriach.

Tak rozumiane podejście posiada bardzo wyraźny odpowiednik w klasycznej polskiej myśli narodowej. Zygmunt Balicki, socjolog, publicysta i jeden z najważniejszych ideologów wczesnej Narodowej Demokracji, w „Egoizmie narodowym wobec etyki” wychodził z założenia, że podstawowym punktem odniesienia działania politycznego powinny pozostawać zachowanie, niezależność, rozwój i potęga własnego narodu. Nie chodzi przy tym o to, że interes narodowy usprawiedliwia każde działanie. Balicki odróżniał ekspansję wpływu od brutalnego podboju i niezwykle trafnie formułował pożądany stosunek narodu do otoczenia: „chęć wpływu, a nie żądza panowania”.

„Samowiedny egoizm narodowy stawia w szeregu obowiązków społecznych przede wszystkim utrwalenie bytu narodu, jego niezależność, rozwój wszechstronny i wcielenie swego charakteru indywidualnego w odpowiednie formy państwowego ustroju. […] Naród byłby niczym, gdyby do niczego nie dążył i niczego nie pragnął […] Aby się zaznaczyć w życiu i dziejach ludzkości jako siła żywotna i czynna, musi on mieć szerokie aspiracje, pragnienia i cele […]. Idea przewodnia, a nie bezmyślny apetyt, szlachetna ambicja, a nie buta, chęć wpływu a nie żądza panowania, wysokie poczucie godności własnej, a nie pragnienie wymuszonych hołdów, stanowią postać moralną samowiednego egoizmu w narodzie.” – Zygmunt Balicki, „Egoizm narodowy wobec etyki”.

Właśnie w takim znaczeniu należy rozumieć przedstawianą tutaj koncepcję. Polska nie potrzebuje odbierać Ukrainie terytorium, likwidować jej państwowości ani narzucać Kijowowi rządu podległego Warszawie. Nie jest nam również potrzebne panowanie nad Ukraińcami. Potrzebujemy natomiast wpływu. Jeżeli poprzez bezpieczeństwo, wojsko, logistykę, kapitał i infrastrukturę możemy zwiększyć znaczenie Polski w państwie bezpośrednio oddzielającym nas od Rosji, odmowa wykorzystania tych możliwości nie byłaby przejawem moralnej wyższości. Byłaby dobrowolną rezygnacją z instrumentów służących polskiemu interesowi narodowemu.

Możliwe, że przy przyszłym układzie politycznym bilans okaże się inny. Możliwe, że warunki pokoju będą tak niestabilne, iż wysłanie dużych sił okaże się zbyt ryzykowne. Możliwe również, że pozostałe państwa nie zgodzą się na polską dominację w misji albo sama Ukraina nie będzie chciała tak dużej obecności jednego sąsiada. Są to czynniki, które należałoby brać pod uwagę podczas konkretnych negocjacji. Błędem byłoby jednak dobrowolne wykluczenie tego instrumentu jeszcze zanim rozpocznie się rzeczywista dyskusja o powojennej architekturze bezpieczeństwa. Jeżeli Francja i Wielka Brytania widzą swój interes narodowy w przygotowywaniu możliwości rozmieszczenia wojsk na Ukrainie, mimo że od jej granicy dzielą je setki lub tysiące kilometrów, tym bardziej Polska powinna analizować taką możliwość. Ukraina znajduje się bezpośrednio pomiędzy nami a Rosją.

To, jaki porządek bezpieczeństwa powstanie na jej terytorium po wojnie, będzie miało dla Polski większe znaczenie niż dla większości państw Europy Zachodniej. Dlatego Polska nie powinna zadowalać się rolą państwa tranzytowego, przez które przejeżdżają francuskie czołgi i brytyjscy żołnierze. Powinna zabiegać o to, aby być jednym z państw projektujących cały system, utrzymujących go i posiadających możliwość wpływania na jego funkcjonowanie. W takim ujęciu wysłanie polskich wojsk na Ukrainę nie byłoby prezentem dla Kijowa. Byłoby inwestycją w bezpieczeństwo i pozycję międzynarodową Rzeczypospolitej.

Autor

  • Dawid Błaszkiewicz

    Prezes Stowarzyszenia Racja, członek Polskiej Sieci Ekonomii, redaktor Obserwatora Gospodarczego. Z wykształcenia politolog i historyk, student ekonomii drugiego stopnia